Przerażające kulisy morderstwa. W szpitalu uznano go za zdrowego, po godzinie zabił matkę

34-letni Patryk cierpiał na schizofrenię paranoidalną od dłuższego czasu. Kiedy w maju 2025 roku przestał brać leki i zmagał się z potężnymi urojeniami, matka zabrała go na SOR. Zostali jednak odesłani bez konkretnej pomocy medycznej. Niecałą godzinę po wyjściu ze szpitala rozegrał się koszmar. 34-latek chwycił za nóż i zaatakował kobietę. Niestety, obrażenia okazały się śmiertelne.

Drzwi do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego. O kulisach tragicznej śmierci matki z rąk syna przeczytasz na Eska Kraków.
Autor: MAREK KUDELSKI / SUPER EXPRESS

Szczegółową historię tej wstrząsającej sprawy opisał Mateusz Baczyński z Wirtualnej Polski. Dziennikarz przeanalizował m.in. zapisy z kamer monitoringu, bilingi telefoniczne, medyczną dokumentację oraz relacje pracowników szpitala. Udało mu się również porozmawiać z siostrą Patryka, a córką ofiary, Darią. Z jego ustaleń wyłania się przerażający obraz rzeczywistości, która rozpoczęła się na wiele lat przed morderstwem. Już w 2013 roku, gdy Patryk miał 21 lat, padła diagnoza: schizofrenia paranoidalna. Mężczyzna zmagał się z silnymi urojeniami, twierdząc, że wokół grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo. Jak podaje Wirtualna Polska, 34-latek miał wątpliwości, czy jest biologicznym dzieckiem swoich rodziców, a nawet był pewien, że ktoś wydał na niego wyrok śmierci. Zdarzały mu się też myśli, jakoby jego najbliżsi chcieli go pozbawić życia poprzez otrucie lub planowali handel jego narządami.

Sonda
Czy trafiłeś/aś kiedyś na SOR?

Z powodu pogarszającego się stanu zdrowia, mężczyzna kilkukrotnie lądował na oddziale psychiatrycznym w Tarnowie. Gdy kontynuował terapię farmakologiczną, zachowywał się i funkcjonował normalnie. Kłopoty rozpoczynały się w momencie, gdy zaniechał przyjmowania tabletek. Jego największym oparciem i najwierniejszym powiernikiem była matka. Na co dzień Małgorzata była nauczycielką pracującą z dziećmi z niepełnosprawnościami, ale to ona poświęcała najwięcej czasu, by wspomagać syna w walce z wyniszczającą schorzeniem.

Sytuacja gwałtownie uległa pogorszeniu 13 maja 2025 roku. Patryk cierpiał na bezsenność od dwóch dób, zmniejszył dawkę tabletek albo całkowicie zrezygnował z ich łykania. Znowu ogarnął go paniczny strach, że zostanie pozbawiony życia. Jak mówił sąsiadce, tropiła go jakaś grupa przestępcza. Zmartwiona matka pojechała z synem prosto na Szpitalny Oddział Ratunkowy Szpitala Wojewódzkiego im. św. Łukasza w Tarnowie. To właśnie tu Patryk miał wcześniej podejmowane leczenie psychiatryczne. Na miejsce dotarli chwilę po godzinie 22:00. Kiedy pielęgniarka dokonywała segregacji pacjentów, Małgorzata wyraźnie opisała niepokojący stan psychiczny swojego syna.

Zignorowane objawy u Patryka. "Nie zobaczył go nawet psychiatra"

Jak wynika z dokumentów, na które powołuje się WP, w kartotece pacjenta zapisano takie informacje jak kłopoty ze snem, zaprzestanie zażywania leków, czy obawy przed konkretnym mężczyzną, który zdaniem pacjenta pragnął go zabić. W trakcie jazdy na oddział ratunkowy 34-latek miał rzekomo zahamować koło grupy młodzieży i powiedzieć w ich kierunku słowa: „nie wstawiajcie się za mną”. Mimo tych wyraźnych symptomów, lekarz podczas oceny stanu psychicznego zapisał w dokumentach adnotację „w normie”. Otrzymał też czwarty stopień pilności. Chwilę przed 23:00 Patryka zobaczył lekarz dyżurny, zlecając badanie krwi i konsultację psychiatryczną. Zeznawał on potem, że pacjent nie był agresywny i nic nie zapowiadało tragedii.

Największy kłopot w tym, że pacjenta nie zobaczył żaden lekarz o specjalności psychiatrycznej. Dziennikarz Wirtualnej Polski odkrył tu spore rozbieżności w późniejszych tłumaczeniach medyków. Pracownik SOR zarzekał się, że dzwonił do psychiatry dyżurnego tuż przed 23:00, mówiąc mu o 34-latku, a o 00:30 ponownie wykonał połączenie odwołując wizytę z powodu tego, że pacjent zadecydował o wypisaniu. Z kolei psychiatra zarzekał się, że nie było telefonu przed 23:00, a połączenie odebrał dopiero, jak chory opuścił oddział. Sąd uznał to za jeden z kluczowych momentów wymagających wnikliwego wyjaśnienia.

Z doniesień wynika, że o 00:36 Małgorzata i Patryk opuścili placówkę. Przebywali w niej zaledwie 2 godziny i 23 minuty. Według relacji lekarza z oddziału ratunkowego, decyzja o wypisaniu była dobrowolna, a chory miał czuć się senny i chciał jak najszybciej znaleźć się w domu ze względu na zaplanowaną rozmowę kwalifikacyjną. Medyk tłumaczył, że pacjent był ułożony i w żaden sposób nie musiał przebywać w zamknięciu siłą.

Dwie różne prawdy po tragedii z udziałem Patryka. Znaczące różnice

Inny punkt widzenia w tej sprawie ma rodzina ofiary i sprawcy. Daria akcentuje fakt, że 34-latek był znany w tym szpitalu z racji leczenia na oddziale psychiatrycznym, a matka precyzyjnie informowała pielęgniarki i medyków o dziwnym zachowaniu syna. Kiedy tylko znaleźli się poza terenem medycznej placówki, Małgorzata skontaktowała się z mieszkającą w Wielkiej Brytanii córką. Według cytowanej przez Wirtualną Polskę wypowiedzi Darii, matka skarżyła się na zignorowanie objawów przez lekarzy i brak konsultacji z psychiatrą. W trakcie rozmowy siostra usłyszała jak zaniepokojona matka pyta syna o to, czy on czuje do niej strach. Nie usłyszała odpowiedzi. Mężczyzna poszedł do swojego pokoju po tym, jak przypomniano mu o lekarstwach.

Koszmar zaczął się o 1:26, kiedy to sprawca zatelefonował na policję twierdząc, że jego matka potknęła się i upadła. Osoba odbierająca to zgłoszenie usłyszała jednak zrozpaczoną przerażoną ofiarę, która nakazywała wysłać funkcjonariuszy. Od razu skierowano tam służby. Gdy stróże prawa zjawili się przed wejściem, na ich spotkanie wyszedł Patryk. Trzymał on poplamiony krwią nóż, który rzucił na ziemię, gdy go o to poproszono. Od razu położył się i dał skuć bez stawiania najmniejszego oporu.

Walcząca o życie Małgorzata powróciła do tego samego szpitala, z którego kilkadziesiąt minut wcześniej uciekli. Zmarła z powodu ogromnych obrażeń o godzinie 3:30. Od momentu wypuszczenia chłopaka do morderczego ataku upłynęło niecałe 50 minut. Powołani eksperci stanowczo potwierdzili, że działał pod wpływem psychozy i nie miał kontroli nad swoimi czynami, ponieważ objawy chorobowe mu to uniemożliwiły.

Błyskawicznie zainicjowano śledztwo wokół zaniechania działań na szpitalnym SOR. Prokuratorzy wygasili je jednak po kilkunastu miesiącach. Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej również oddalił sprawę na szczeblu tarnowskim, jednakże bliscy zmarłej nie poddali się z łatwością. Ich radca prawny przekonywał, że informacje ujawniane przez ofiarę stanowiły wystarczający powód, by zbadać zachowanie chłopaka. Argumentowano, że szpital znał przeszłość i kłopoty medyczne swojego pacjenta. Sprawa natychmiast trafiła przed wymiar sprawiedliwości.

Walka o prawdę w sprawie śmierci Małgorzaty z rąk Patryka. Czekają na finał

Rok później Sąd Rejonowy postanowił na korzyść rodziny i wymusił dalsze prowadzenie sprawy, argumentując, że zbyt szybko porzucono działania wyjaśniające bez wyciągnięcia wiążących konkluzji. Według krakowskiego sądu należy koniecznie przeanalizować moment zaniechania kontaktu lekarza z psychiatrą i wyjaśnić dwie przeciwne wersje tych wydarzeń. Najbardziej istotna będzie wypowiedź rzeczoznawców, którzy przeanalizują tok postępowania szpitalnych medyków i ukażą, czy trzeba było zareagować stanowczym rozwiązaniem.

Taki tok spraw to jeszcze nie zarzut i wyrok w stronę tarnowskiej załogi szpitala. Nadal badana jest słuszność i poprawność wszelkich metod. Jeśli chodzi o samą tragedię morderstwa, to ze względu na orzeczoną niepoczytalność Patryka zaniechano działań z kodeksu karnego i umieszczono 34-latka za murami szpitalnego zakładu zamkniętego. Córka Daria spotkała się z nim po miesiącu od mordu. Ujawniła, że jej brat nie miał absolutnej świadomości, że zabił własną matkę, odcinał to zdarzenie od bytu rzeczywistego. Gdy wdrożono konkretną farmakologię zaczął pojmować własne błędy i się zmieniać. Sama dziewczyna wróciła do Polski po tych dramatycznych dniach i podkreśliła stanowczo, że Patryk nie jest "bestią". Jest absolutnie przekonana, że morderstwo to w stu procentach owoc pogłębiającej się choroby psychicznej i urojeń w głowie brata.

Siostra wciąż wyczekuje jednoznacznej prawdy i ukazania, czy atak mógł być stłumiony w zarodku już na terenie tarnowskiego oddziału SOR. Na moment przekazania reportażu za sprawą Wirtualnej Polski całe śledztwo dotykające uchybień medycznych było zatrzymane do czasu ukazania się wyników dochodzeń ekspertów. Prawda cały czas walczy więc o ujrzenie światła dziennego.

Pokój Zbrodni - były policjant zabił tynkarza