26-latek zamordował ojca i uszył maskę z jego twarzy. Makabryczne kulisy zbrodni pod Skawiną

Władysław W. najpierw pozbawił życia własnego ojca, a następnie zdarł skórę z jego twarzy, by przygotować z niej makabryczną maskę. Zakładał ją, próbując oszukać dziadka i udawać zamordowanego krewnego. Kiedy policjanci wpadli na jego trop, 26-letni sprawca powitał ich rozbawiony, krzycząc: „no to mnie macie”. Sprawa ta do dziś pozostaje jedną z najbardziej wstrząsających kart w polskiej historii kryminalnej.

W 1999 roku całą Polską wstrząsnęło odnalezienie w Wiśle poćwiartowanych zwłok młodej kobiety. Wśród makabrycznych szczątków śledczy natrafili na swego rodzaju gorset uszyty z ludzkiej skóry. Zidentyfikowano ofiarę jako 23-letnią Katarzynę, krakowską studentkę. Te szczegóły mają ogromne znaczenie w kontekście późniejszych wydarzeń we wsi Brzyczyna nieopodal Skawiny. Na początkowym etapie śledztwa policjanci podejrzewali, że Władysław W. zabił również 23-latkę. Koniec końców prokuratura wykluczyła jakiekolwiek powiązanie obu tych zbrodni.

Sonda
Czy w Polsce powinna obowiązywać KARA ŚMIERCI?

Zbrodnia we wsi Brzyczyna. Dwa oskórowania w jednym roku wywołały panikę

Mieszkańcy regionu żyli w gigantycznym strachu, ponieważ w przeciągu zaledwie kilku miesięcy doszło w okolicy do dwóch morderstw połączonych motywem oskórowania ofiar. Ciało 23-letniej studentki wyłowiono w styczniu 1999 roku, natomiast do tragedii pod Skawiną doszło już w maju. Dziennikarka AntyRadia Romana Makówka wspominała w 2019 roku, że makabryczne zdarzenia dzieliły od jej domu niespełna trzy kilometry. Opowiadała, że już pierwsza ze spraw wywołała powszechną histerię. Ponieważ morderca nie został ujęty, ludzie panicznie bali się wychodzić z domów po zapadnięciu zmroku. - Pamiętam, że przez kilka miesięcy nie ruszałam się z domu bez mojego 50-kilogramowego psa - relacjonowała ówczesne wydarzenia reporterka.

Łatwo można sobie wyobrazić, że kolejne morderstwo drastycznie pogłębiło poczucie zagrożenia w regionie. Do wyjątkowo okrutnej zbrodni doszło 30 maja 1999 roku w Brzyczynie, a jej przebieg mocno przypominał wcześniejsze działania sprawcy wobec 23-letniej Katarzyny. W murowanym budynku od lat mieszkało dwóch mężczyzn z Kaukazu: 80-letni Józef W. oraz jego syn Witold W. Trzecim domownikiem bywał najmłodszy w rodzinie Władysław, który studiował w Krakowie. Senior rodu był emerytowanym dentystą, z kolei zamordowany później 52-latek pracował jako technik stomatologiczny.

Kaukascy repatrianci zamieszkali w Polsce zaledwie pięć lat przed tragicznymi wydarzeniami, przy czym pierwszy do kraju nad Wisłą dotarł Władysław, by rozpocząć edukację medyczną. Jakiś czas później zjawili się jego ojciec oraz dziadek, kupując nieruchomość. Młody mężczyzna początkowo rezydował w krakowskim akademiku. Sytuacja uległa zmianie zaledwie trzy miesiące przed morderstwem, kiedy 26-latek został skreślony z listy studentów z powodu słabych wyników. W trybie pilnym musiał przenieść się do rodzinnego domu w Brzyczynie. Jak informował „Super Express”, ojciec miał ogromny żal do syna o zawalenie prestiżowych studiów. Ostatecznie Władysław zmienił plany edukacyjne i przeniósł się na psychologię.

W trakcie policyjnego dochodzenia lokalni mieszkańcy opisywali zachowanie studenta jako wysoce niepokojące i ekscentryczne. Z relacji sąsiadów wynikało, że młody mężczyzna nie utrzymywał z nikim kontaktów towarzyskich, rzadko podnosił wzrok i nigdy nie odpowiadał na powitania. Zupełnie inny wizerunek mieli z kolei zamordowany ojciec oraz 80-letni dziadek sprawcy. Okoliczni mieszkańcy uważali ich za bardzo uprzejmych i otwartych. Obaj prowadzili niezwykle skromny tryb życia, dorabiając na drobnych zleceniach i dysponując odłożonymi z przeszłości oszczędnościami.

Morderstwo w piwnicy. Władysław W. poraził ojca i użył szpikulca

Z policyjnych akt wynika, że tragicznego 30 maja 1999 roku, tuż przed godziną 20:00, starsi mężczyźni przygotowywali się do nocnego odpoczynku. Wtedy 26-letni Władysław podstępem zmusił swojego ojca do zejścia pod podłogę, tłumacząc to nagłą potrzebą pomocy. Podczas gdy 80-letni Józef położył się w łóżku, 52-letni Witold zszedł do piwnicy i od razu padł ofiarą brutalnej napaści. Morderca sparaliżował go przy użyciu paralizatora, po czym wielokrotnie ugodził ostrym szpikulcem prosto w serce oraz kark. Martwe ciało własnego ojca oprawca powiesił głową w dół na kracie okiennej, a następnie odciął mu głowę szpadlem.

Doniesienia medialne z tamtego okresu mrożą krew w żyłach, ponieważ morderca zdarł z odciętej głowy skórę wraz z owłosieniem, a następnie dokładnie zasypał ją od wewnątrz solą. Nagą czaszkę porzucił w zaroślach niedaleko balkonu. Z ludzkiej tkanki uformował makabryczną maskę, posiłkując się plastrami medycznymi. Aby w pełni upodobnić się do zmarłego 52-latka, częściowo ogolił własną głowę i nałożył przygotowany z ojca skalp. Upiorny rytuał trwał przez całą noc. Ubrany w odzież ofiary, z kapeluszem na głowie i twarzą zakrytą szalikiem, długo trenował sposób poruszania się ojca. Jego głównym celem było oszukanie mającego problemy ze wzrokiem dziadka.

Następnego poranka sprawca w makabrycznym przebraniu wyszedł z domu i jak gdyby nigdy nic ukłonił się lokalnemu sąsiadowi. Świadek ten przyznał później przed sądem, że zupełnie nie rozpoznał 26-latka, a prawdę poznał dopiero po odkryciu zbrodni przez policję. Chwilę później Władysław spotkał się ze swoim dziadkiem. Z ustaleń AntyRadia wynika, że to właśnie 80-letni pan Józef szczegółowo zrelacjonował te wydarzenia podczas procesu. Senior był przekonany, że rozmawia ze swoim synem. Nie zdawał sobie sprawy, że przed nim stoi wnuk mający na sobie fragmenty ciała zamordowanego. Rozpoznanie skutecznie utrudniał założony na głowę słomiany kapelusz.

Uwagę 80-letniego mężczyzny przykuły jednak dziwne, czerwonawe ślady za uszami rozmówcy. Senior zapytał z troską, czy jego rzekomy syn przypadkiem się nie skaleczył, na co morderca odpowiedział beznamiętnie, że to zaledwie ślady farby. Mimo to pan Józef nabrał poważnych podejrzeń, a jego niepokój potęgował nienaturalny ton głosu mężczyzny. Zabrał się za prace na podwórku, ale dręczące myśli nie dawały mu spokoju. Dziennikarze „Super Expressu” relacjonowali, że 26-latek wydawał się być szczerze rozbawiony własną mistyfikacją. Ze smakiem zjadł poranny posiłek, wciąż wcielając się w rolę zmarłego, po czym poszedł spać. To właśnie w tym momencie zaniepokojony dziadek wszedł do piwnicy i odnalazł zmasakrowane ciało Witolda.

80-latkowi udało się zachować zimną krew, dzięki czemu opuścił domostwo bez wywoływania najmniejszego hałasu. Strach pomyśleć, jak zakończyłaby się ta historia, gdyby morderca nagle się przebudził i nakrył seniora. Zrozpaczony mężczyzna pobiegł co sił do znajomego w pobliskiej wsi, z którego domu niezwłocznie skontaktował się z oficerem dyżurnym policji, zgłaszając znalezienie zbezczeszczonych zwłok w piwnicy.

Zatrzymanie mordercy z Brzyczyny. Władysław W. uśmiechał się do policjantów

Jeszcze przed przyjazdem pierwszych radiowozów 26-latek zorientował się, że najstarszy członek rodziny gdzieś przepadł. Podejrzewając najgorsze – że dziadek znalazł odciętą głowę i wezwał służby – natychmiast uciekł z posesji. Mundurowi zabezpieczyli miejsce makabrycznej zbrodni i przeprowadzili oględziny zwłok. Kryminalistycy bez cienia wątpliwości potwierdzili liczne rany zadane tępym narzędziem, całkowite odcięcie głowy oraz brak skóry na odnalezionej nieopodal czaszce.

Stróże prawa dopadli poszukiwanego 26-latka jeszcze tego samego wieczoru, kiedy siedział na przystanku autobusowym w miejscowości Libertów. Na widok nadjeżdżających funkcjonariuszy morderca pozostawał przerażająco opanowany i miał doskonały humor. Bez jakiegokolwiek oporu dał się zakuć w kajdanki, rzucając z uśmiechem: „no to mnie macie”. Przed obliczem wymiaru sprawiedliwości oskarżony twierdził, że kierowała nim nienawiść. Argumentował, że 52-latek zdradził jego matkę i uciekł za granicę. Podkreślał despotyczny charakter ofiary i jej życiową niezaradność. Władysław W. planował emigrację do Francji, ale braki finansowe pokrzyżowały jego plany. Gdy ojciec odmówił oddania mu reszty pieniędzy ze sprzedaży posiadłości, syn zaplanował krwawą egzekucję.

W trakcie posiedzeń sądu morderca usilnie symulował ciężką chorobę psychiczną. Wiele osób śledzących ten makabryczny proces zastanawiało się, czy zdrowy na umyśle człowiek byłby w stanie dopuścić się tak nieludzkiego czynu. Biegli psychiatrzy nie dali się jednak zwieść manipulacjom 26-latka. Ostatecznie sąd zadecydował, że oskarżony trafi do zwykłego zakładu karnego, a nie do szpitala psychiatrycznego o zaostrzonym rygorze.

W listopadzie 2001 roku krakowski Sąd Okręgowy wymierzył Władysławowi W. wyrok 25 lat pozbawienia wolności. W uzasadnieniu sędzia podkreślił, że morderstwo zostało skrupulatnie zaplanowane, a sam sprawca wykazał się niewyobrażalnym wręcz sadyzmem, kierując się przy tym najniższymi pobudkami zasługującymi na absolutne potępienie. Według informacji zdobytych przez „Super Express”, mężczyzna odsiadywał wyrok w polskim więzieniu tylko przez pewien czas. W 2003 roku, po uwzględnieniu jego własnego wniosku, oprawca z Brzyczyny został przekazany do rosyjskiego systemu penitencjarnego. Jego zbrodnia z 1999 roku do dziś uznawana jest za jedną z najstraszniejszych w historii polskiej policji.

Pokój Zbrodni - Oblał żonę i podpalił