Spis treści
Eksperci ostrzegają, że oszuści bazują na podobnym, niezwykle skutecznym schemacie manipulacji. Stosują zbiór trików socjologicznych, marketingowych i psychologicznych wobec zdesperowanych pacjentów cierpiących na ciężkie choroby. Trzeba jasno zaznaczyć, że nie ma tu mowy o żadnej "głupocie" ofiar, którą często niesprawiedliwie się je obarcza. Wszystko sprowadza się do reakcji ludzkiego umysłu pchanego przez ogromny strach i desperacką chęć przeżycia, co jest nie do przewidzenia dla nikogo, kto nie znalazł się w takiej sytuacji. Złodzieje cynicznie wykorzystują tę rozpacz, obiecując chorym złote góry, których prawdziwa medycyna nie potrafi zagwarantować. Tacy pseudonaukowcy są świetnie przygotowani do roli. Budują iluzję eksperckości – tytułują się m.in. doktorami medycyny naturalnej, pokazują zmyślone certyfikaty i ubierają w lekarskie kitle, powołując się przy tym na egzotyczną wiedzę z Dalekiego Wschodu. Sprawnie mieszają pseudonaukowy bełkot z profesjonalnymi pojęciami, aby sprawiać wrażenie ekspertów. W miejsce rzetelnych badań przedstawiają łzawe i trudne do zweryfikowania historie „wyleczonych” pacjentów, którym rzekomo pomogli, gdy tradycyjne metody zawiodły. Często okraszają to teoriami spiskowymi, oskarżając środowisko medyczne o chęć wyłącznie zysku i ukrywanie prawdziwego leku na raka. Taka propaganda sieje zniszczenie w umysłach poszkodowanych, niszczy zaufanie do lekarzy i odcina od profesjonalnej pomocy. Konsekwencją jest zwykle rezygnacja ze sprawdzonego leczenia, postęp choroby i utrata oszczędności życia. Chociaż nie każda medycyna niekonwencjonalna to zło, alarm powinien zadzwonić, gdy ktoś żąda potężnych sum za niepoparte dowodami metody wyleczenia poważnych schorzeń i odradza kontakt z lekarzami.
Tomasz S. to "szaman" z Bysiny. Pacjentki wstrzymały tradycyjne leczenie onkologiczne i zmarły
Według prokuratury, właśnie na takich metodach oparł swój biznes Tomasz S. 57-latek mieszkający w Bysinie pod Myślenicami (woj. małopolskie) tytułował się biznesmenem oraz naturopatą. Mężczyzna stanął przed sądem z zarzutem narażenia co najmniej dwóch osób na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Podczas procesu próbował wybielać swoje zachowanie, zrzucając odpowiedzialność na pokrzywdzonych – twierdził, że nigdy nie podawał się za lekarza. Finałem jego „terapii” była jednak śmierć 35-letniej Karoliny G. i 66-letniej Urszuli K. Kobiety chorowały na raka, ale za radą mężczyzny przerwały profesjonalne leczenie onkologiczne. Z ustaleń śledztwa wynika, że „szaman” kazał sobie słono płacić za pseudomedyczne usługi – jedna z ofiar zapłaciła kilkadziesiąt tysięcy złotych. Tomasz S. chwalił się 20-letnim rzekomym doświadczeniem w medycynie holistycznej zdobytym we Francji, choć z zawodu był jedynie nauczycielem pochodzącym z podkarpackiego Niska, bez żadnego wykształcenia medycznego. Swoją działalność reklamował w sieci, twierdząc, że przyjeżdżają do niego najwięksi eksperci w kraju, a chorych przyjmował we własnym domu w Bysinie.
Dramat Urszuli K. rozpoczął się dwa lata temu, gdy lekarze zdiagnozowali u niej nowotwór trzustki. Kobieta trafiła do Tomasza S. z polecenia znajomego. Mężczyzna witał klientów w indyjskim nakryciu głowy, prezentował lalki, używał łańcuszków i analizował dłonie. Szarlatan wmówił 66-latce, że w ogóle nie ma nowotworu, w co ofiara niestety uwierzyła. Zaproponował trzymiesięczną terapię – za 250 zł dziennie naświetlał ją przez wiele godzin tzw. generatorem plazmowym i zabronił jedzenia stałych pokarmów. Gdy kobieta poczuła się znacznie gorzej, pseudomedyk osobiście zawiózł ją do szpitala, nakazując milczeć o stosowanej przez niego metodzie. Nowotwór powiększył się dwukrotnie, przez co chirurdzy nie mogli już operować. Urszula K. zmarła na początku kwietnia 2023 r.
Identyczny los spotkał 35-letnią Karolinę G. Młoda kobieta zmagała się z rakiem piersi. Tomasz S. przekonał ją, by zrezygnowała z prawdziwego leczenia, po czym inkasował pieniądze za „terapię” z wykorzystaniem sprężynki i kamieni. Zdesperowana pacjentka straciła ponad 40 tysięcy złotych i ostatecznie przegrała walkę z chorobą.
Przed śmiercią pokrzywdzone zdołały zeznać, że "uzdrowiciel" odradzał im chociażby chemioterapię na rzecz lamp plazmowych. Kobiety były tak zmanipulowane, że ślepo go posłuchały. Doprowadził do sytuacji, w której pacjentki odeszły od terapii prowadzonej przez prawdziwych onkologów. Sąd potraktował słowa zmarłych kobiet jako absolutnie wiarygodne. Przemysław Gluma, dziennikarz „Super Expressu” relacjonujący proces, donosił, że według relacji ofiar Tomasz S. kategorycznie zabraniał im tradycyjnego leczenia. – Oskarżony powtarzał, że to bakterie, a nie żaden rak. Wmawiał, że guz się zmniejsza, co nie miało miejsca. Sąd dał wiarę tym zeznaniom w całości – mówił sędzia Tomasz Długosz, cytując zeznania zmarłych. – Obie poszkodowane były ciężko chore, a wtedy człowiek chwyta się każdego sposobu. Tutaj mamy siłę tej sugestii. Wiadomo, że osobom dorosłym nie można zabronić terapii, zabronić udać się do lekarza. To nie ulega wątpliwości, dlatego zarzut, że Tomasz S. doprowadził do nieumyślnego spowodowania śmierci byłby, w ocenie sądu, zbyt daleko idący. Ale Tomasz S. bezsprzecznie obie poszkodowane naraził na niebezpieczeństwo utraty życia i zdrowia. To żadnych wątpliwości sądu nie budzi – punktował sędzia. Podczas procesu pojawiły się również głosy świadków zadowolonych z usług pseudomedyka, jednak ich dolegliwości były błahe i w żadnym stopniu nie przypominały walki z nowotworem.
"Szaman" Tomasz S. naraził pacjentki na utratę życia i zdrowia. Znamy wyrok
Ostatecznie sąd uznał Tomasza S. za winnego, chociaż odrzucił zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci pacjentek. Mężczyzna został skazany za narażenie chorych na niebezpieczeństwo utraty zdrowia i życia, dopuszczenie się oszustwa oraz nielegalne udzielanie świadczeń medycznych. Wyrok to rok więzienia w zawieszeniu na trzy lata próby.
- Ponadto zabrania się podejrzanemu prowadzenia działalności gospodarczej w dziedzinie medycyny niekonwencjonalnej. Sąd nakłada też na oskarżonego dozór kuratora i obowiązek składania co pół roku raportów z jego wykonywania – orzekł sędzia Tomasz Długosz.
Bliscy ofiar przyjęli wyrok z ogromnym rozgoryczeniem. Pan Władysław, owdowiały mąż Urszuli, nie krył oburzenia łagodną karą. – Taki wyrok w zawieszeniu, to żaden wyrok. To jak uniewinnienie – stwierdził załamany mężczyzna. Jednak zdaniem sędziego, oskarżony zasłużył na szansę, gdyż w przeszłości nie był karany i nie popadał w konflikt z prawem. – Trzeba jednak podkreślić, że poziom szkodliwości społecznej tej sprawy jest wysoki. Dwie kobiety zmarły. Urszula miała raka trzustki i minimalne szanse na wyzdrowienie, lecz Karolina G. była młodą osobą, która najprawdopodobniej by wyzdrowiała, gdyby nie działanie Tomasza S. – argumentował sąd.
Prokuratorzy domagali się dla oskarżonego zdecydowanie surowszej kary, zwracając uwagę, że sam sąd uznał czyny 57-latka za niezwykle szkodliwe społecznie, mimo jego wcześniejszej niekaralności. – Tomasz S. wykazał brak jakiejkolwiek skruchy i refleksji nad tym, co zrobił. Po analizie pisemnego uzasadnienia wyroku zastanowimy się nad wniesieniem apelacji – zapowiadał prokurator Jacek Kępa. Oskarżyciel faktycznie odwołał się od wyroku. Z własną apelacją wystąpiła również obrona. Mecenas Izabela Nowak, która broniła Tomasza S. i była obecna na ogłoszeniu wyroku bez swojego klienta, najprawdopodobniej walczyła o jeszcze łagodniejszy wymiar kary.
Rodziny ofiar zszokowane wyrokiem na szamana. Sąd apelacyjny odrzucił wniosek prokuratury
Sprawa znalazła swój finał w Sądzie Okręgowym w Katowicach 30 marca 2026 roku. Sędzia Bartłomiej Kwaśnik nie miał wątpliwości, że Tomasz S. brutalnie oszukał ciężko chore kobiety. Za jego namową ofiary zrezygnowały z profesjonalnej terapii, zdając się całkowicie na naświetlania generatorami plazmy. Oszust bezwzględnie wmawiał kobietom, że nowotwory to fikcja, a ich złe samopoczucie to wynik infekcji. Przerażone pacjentki dały się zmanipulować, wierząc, że dzięki niemu pokonają chorobę i wrócą do normalnego życia. Jak czas pokazał, finał był tragiczny. Mężczyzna po prostu żerował na bezradności ciężko chorych.
- Przedmiotem postępowania nie było jednak to, jaki zawód uprawia podejrzany, ani jakich narzędzi używa. To były rzeczy zupełnie legalne – tłumaczył sędzia Kwaśnik. – Przedmiotem postępowania było to, że oskarżony przekonał obie pokrzywdzone, że nie mają nowotworu. To było sprzeczne z diagnozami postawionymi przez lekarzy. Tymczasem Tomasz S. co najmniej kilkukrotnie podczas rozmów z obiema pokrzywdzonymi zapewniał, że tego nowotworu nie mają. Co więcej, uczynił to skutecznie, ponieważ panie rzeczywiście w to uwierzyły – podkreślał.
Podczas rozprawy zauważono, że generatory plazmy mogą mieć pewne zastosowania, ale z całą pewnością nie leczą raka. Sąd ocenił tę metodę jako całkowicie bezużyteczną w onkologii. Tomasz S. mimo to cynicznie twierdził, że naświetlania uzdrowią pokrzywdzone.
- Naszym zdaniem nie sposób jednak zakwalifikować czynów jako przestępstw o nieumyślnego spowodowania śmierci, jak wnioskowała prokuratura. Taki wniosek byłby zbyt daleko idący. Mamy do czynienia z dwiema paniami, chorującymi na nowotwór. W przypadku takich schorzeń prowadzenie właściwego leczenia oczywiście daje nadzieję na wyleczenie, lecz nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy gdyby panie nie spotkały na swojej drodze oskarżonego, to rzeczywiście by przeżyły. Nowotwór jest chorobą śmiertelną. Oczywiście konwencjonalne leczenie daje większe szanse na przeżycie, ale czy by tak było, to są jedynie domniemania. Tomasz S. nie pozbawił ich życia, natomiast pozbawił je szansy na uratowanie tego życia – argumentował sędzia w uzasadnieniu.
W toku procesu apelacyjnego sporządzono wywiad środowiskowy, który był korzystny dla Tomasza S. Obrończyni mężczyzny przekonywała, że pacjentki zgłosiły się z własnej woli, a on sam szczerze wierzył, że im pomaga i absolutnie nie życzył im śmierci. – Mój klient prowadził legalną działalność jako naturopata. Nie wykroczył ponad to, co wykonywać mógł – argumentowała mecenas Izabela Nowak.
Finał apelacji zakończył się odrzuceniem postulatów zarówno prokuratora, jak i obrońcy, a sąd drugiej instancji w pełni poparł pierwotny wyrok. - On powinien siedzieć, być odizolowany. Trzeba przed nim chronić ludzi. Dlatego walczyłem w sądzie, bo życia mojej żonie już nikt nie wróci – mówił załamany orzeczeniem mąż jednej z ofiar. Ostatecznie utrzymano wyrok pierwszej instancji w mocy. Tomasz S. został tym samym prawomocnie skazany na rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzyletni okres próby.