Aleksander Miszalski szczerze o przegranym referendum. Wspomina o brudnej kampanii i sztucznej inteligencji
Odwołany w referendum prezydent Krakowa, Aleksander Miszalski, w rozmowie z Aleksandrem Ruszkowskim w Radiu ESKA Kraków podsumował czas kampanii i sam wynik głosowania. Polityk twierdzi, że jego samopoczucie jest stabilne, choć nie ukrywa, że w ostatnich dniach towarzyszyło mu sporo emocji. Miszalski zaznaczył, że szanuje decyzję krakowian, ale jednocześnie zwrócił uwagę na metody, jakimi posługiwała się opozycja. Według niego w trakcie ciszy referendalnej dochodziło do licznych naruszeń, w tym do masowego używania filmów i zdjęć stworzonych przez sztuczną inteligencję (AI), które miały go uderzać.
Ja na nic nie liczę. To jest tak, że jakby ja się pogodziłem z werdyktem demokratycznym, w tym sensie, że jeżeli referendum jest wiążące i większość osób tam zagłosowała oczywiście za moim odwołaniem i spełnili ten wymóg frekwencji, to ja to przyjmuję. Natomiast oczywiście wiem, bo widziałem i wielu moich znajomych i wiele osób mi to sygnalizowało, że cisza referendalna i w sobotę i w niedzielę była wprost łamana wielokrotnie. [...] Skala pieniędzy włożona w ten marketing negatywny, przecież nie w dyskusję merytoryczną o Krakowie, tylko w marketing negatywny i technologie, które w tej chwili są dostępne, niewątpliwie miały wpływ na to, ilu przeciwników zmobilizowało się, albo ile osób zostało przekonanych do tego, że po prostu ja i rada razem z tym nie nadajemy się do niczego - powiedział Aleksander Miszalski.
Dlaczego Donald Tusk nie pomógł w kampanii? Miszalski sam o to poprosił
Wielu obserwatorów dziwiło się, dlaczego premier Donald Tusk nie wsparł mocniej krakowskiego polityka przed głosowaniem. Okazuje się, że był to celowy zabieg. Aleksander Miszalski wyjaśnił, że sam poprosił szefa rządu oraz innych znanych polityków z Warszawy, aby nie mieszali się w lokalne sprawy Krakowa. Chciał w ten sposób uniknąć robienia z referendum bitwy partyjnej między Koalicją Obywatelską a resztą kraju. Mimo to, wynik pokazał, że to głównie zwolennicy PiS i Konfederacji poszli do urn, aby odwołać go ze stanowiska. Były prezydent uważa, że zaangażowanie premiera mogłoby jedynie dodatkowo zachęcić jego przeciwników do działania.
To była moja prośba, żeby pan premier i warszawscy politycy nie mieszali się w to referendum, bo to jest sprawa lokalna. To mieszkańcy Krakowa mają zadecydować, a jedyne co mogą wywołać, to sprowadzenie tego na tory polityczne. [...] Nie żałuję, ponieważ co premier Tusk mógłby powiedzieć? Aleksander Miszalski jest od nas w koalicji, jest fajny, jakby i dużo robi, i kogo miałbym przekonać tym wyborców PiS i Konfederacji, którzy na końcu w większości mnie odwołali? - tłumaczył były prezydent Krakowa.
Polityk dodał, że w referendum znacznie łatwiej jest zmobilizować osoby niezadowolone, które chcą kogoś odwołać, niż zwolenników, którzy często w takie dni wolą iść na spacer lub wyjechać na wycieczkę, uznając, że w mieście nie dzieje się nic złego.
Spór o metro i opóźnienia w Krakowie. Były prezydent tłumaczy się z inwestycji
Jednym z najgorętszych tematów rozmowy była budowa metra oraz opóźnienia w budowie linii tramwajowej do Mistrzejowic. Miszalski przyznał, że w komunikacji o tych inwestycjach urząd poległ. Wyjaśnił, że pierwotny plan wbicia łopaty pod metro w 2028 roku musiał ulec zmianie, ponieważ po dokładnych analizach okazało się, że stara trasa była nielogiczna i nieopłacalna. Nowy przebieg wymaga jednak kolejnych zezwoleń środowiskowych, co przesuwa termin na lata 2030-2032. Podobne problemy dotknęły tramwaj do Mistrzejowic, gdzie zmiany w projekcie zgłaszane przez mieszkańców wymusiły dłuższą pracę wykonawcy.
Przyszliśmy do urzędu, zrobiliśmy analizę przebiegu trasy. Okazało się, że ta trasa na Bronowice jest po prostu nierozsądna, nielogiczna, nieefektywna ekonomicznie, ani jeśli chodzi o potoki pasażerskie. Więc wybraliśmy nową trasę. Nowa trasa potrzebowała nowej decyzji środowiskowej. [...] Ja powiedziałem wtedy, że realnym terminem jest 30-32, po tym jak wytyczyliśmy nowy przebieg - mówił polityk.
Miszalski odniósł się też do pieniędzy na tę wielką inwestycję. Przyznał, że choć Kraków ma obietnice wsparcia od ministrów i rządu, to konkretne kwoty nie są jeszcze zapisane w dokumentach, bo najpierw miasto musi przygotować kompletną dokumentację i uzyskać odpowiednie zgody.
Koniec współpracy z zaufanym prawnikiem. Miszalski wyjaśnia rolę mecenasa Kociołka
Po odwołaniu prezydenta z magistratu odszedł również jego zaufany prawnik, mecenas Kamil Kociołek. Wzbudziło to sporo komentarzy dotyczących tego, czy jego rola była rzeczywiście niezbędna dla miasta, czy tylko dla samego polityka. Miszalski wprost przyznał, że potrzebował w urzędzie kogoś, komu ufał osobiście i kto nie bałby się szukać nowych rozwiązań prawnych zamiast powtarzać urzędnicze „nie da się”. Zaznaczył przy tym, że zarobki mecenasa, o których pisały media, rozkładały się na ponad dwa lata współpracy i nie były wygórowane.
Dowodzi, ale przecież od początku mówiłem, że pan mecenas Kociołek został zatrudniony dlatego, bo go znałem i mu ufałem i wchodząc do urzędu potrzebowałem prawnika, który będzie wszystkie dokumenty analizować i dostarczać mi wiedzę na temat tego, co tam jest, ponieważ nie znałem prawników, którzy byli tam zatrudnieni. [...] Pan mecenas Kociołek był jeszcze w jednej ważnej sprawie dobry. Mianowicie, często utarło się w magistracie w Krakowie takie powiedzenie, że się nie da. [...] A ja chciałem kogoś takiego, kto jest trochę młodszy i który powie, da się - podsumował Aleksander Miszalski.
Na koniec rozmowy były prezydent zapowiedział, że teraz chce poświęcić czas na odpoczynek i proste domowe czynności, jak koszenie trawnika, na co wcześniej nie miał czasu. Podkreślił jednak, że nadal będzie działał w Koalicji Obywatelskiej jako szeregowy członek i wspierał Kraków w kolejnych miesiącach.