- Z 5 na 6 października 2026 r. doszło do pożaru na dziesiątym piętrze oddziału chorób wewnętrznych krakowskiego Szpitala im. Ludwika Rydygiera, a żywioł rozpoczął się w izolatce covidowej.
- Trzy pracownice szpitala natychmiast rozpoczęły akcję ratunkową, wywożąc około dziesięciu chorych z gęstego dymu, co uchroniło łącznie 38 osób przed obrażeniami.
- Ewakuacja pacjentów zakończyła się sukcesem, jednak dziesięć osób z personelu uległo zatruciu, a dwie pielęgniarki wymagały pomocy na szpitalnym oddziale ratunkowym.
Pożar w krakowskim szpitalu Rydygiera. Znamy źródło ognia
Żywioł miał swój początek w izolatce, gdzie przebywał zakażony koronawirusem chory, który korzystał z aparatury dostarczającej tlen. Płomienie bardzo szybko zaczęły zajmować kolejne przestrzenie, a toksyczne kłęby dymu w mgnieniu oka spowiły szpitalne korytarze.
Obecne na nocnym dyżurze trzy pracownice medyczne nie zamierzały zwlekać do momentu pojawienia się strażaków. Wiedząc, że pod ich opieką znajduje się aż 38 w większości leżących, starszych i całkowicie niesamodzielnych osób, natychmiast ruszyły na ratunek. Kobiety weszły w strefę zagrożenia bez masek i profesjonalnego sprzętu tlenowego, kładąc na szali własne zdrowie. Ponieważ czarny i duszący dym gromadził się głównie w wyższych partiach korytarza, ratowniczki zmuszone były poruszać się na kolanach. W takich dramatycznych okolicznościach, niemal nic nie widząc, wyciągnęły ze skrajnie zadymionych sal około dziesięciu ciężkich łóżek z pacjentami, przesuwając ich w bezpieczniejsze rejony oddziału.
Chwilę później w budynku zjawili się pracownicy ochrony, policjanci oraz ponad pięćdziesięciu strażaków z czternastu zastępów, którzy błyskawicznie przejęli dowodzenie nad ewakuacją pozostałych osób.
Służby ustaliły wstępną przyczynę pożaru
Dzięki połączonym wysiłkom zdołano bezpiecznie wyprowadzić wszystkich 38 chorych. Żaden z podopiecznych placówki nie odniósł poparzeń, ani innych obrażeń ciała. Koszty tej bohaterskiej postawy ponieśli jednak pracownicy. Gazy pożarowe spowodowały zatrucie u dziesięciu osób ze szpitalnego personelu, w tym u ratujących chorych kobiet, z których dwie w najcięższym stanie trafiły pod opiekę specjalistów na miejscowym SOR-ze.
Operacja oddymiania i zabezpieczania zniszczonego piętra zakończyła się dopiero o 4:00 nad ranem. Dokładne okoliczności zdarzenia są obecnie analizowane przez prokuraturę, policję oraz ekspertów z dziedziny pożarnictwa. Według wstępnych hipotez do zaprószenia ognia mogło dojść z powodu zwarcia w instalacji elektrycznej lub awarii sprzętu tlenowego w sali pacjenta z COVID-19. Zdecydowana i pełna poświęcenia postawa medyczek zapobiegła rozegraniu się znacznie większej tragedii tej nocy.