Zabójcza pogoda pochłonęła pięć żyć. Kapłan błogosławił w samym sercu piekła

2026-08-31 9:26

Tatry nagle pochłonął mrok. W jednej chwili sielankowa wycieczka zamieniła się w koszmar. Pioruny zaczęły uderzać w słynny krzyż na Giewoncie z bezlitosną siłą, rażąc turystów przypiętych do łańcuchów. Bilans tej masakry przeraża do dziś: śmierć poniosło pięć osób, w tym dwójka dzieci, a ponad 150 walczyło z okropnymi poparzeniami i obrażeniami.

Koszmar w Tatrach. Pogoda pokazała najgroźniejsze oblicze

22 sierpnia 2019 roku zaczął się jak każdy letni, obiecujący dzień w górach. Piękna, bezchmurna aura przyciągnęła na szlaki tłumy turystów. Tradycyjnie, ich celem był majestatyczny Giewont zwieńczony żelaznym krzyżem. Około południa na ciasnym podejściu utworzył się już solidny zator zniecierpliwionych piechurów. Mocno ściskając stalowe łańcuchy, powoli pieli się w górę. Wtedy nikt z nich nie przypuszczał, że te metalowe zabezpieczenia staną się pułapką, z której nie uciekną.

„Super Express” dotarł do relacji pana Rafała, jednego z ocalałych. Mężczyzna opowiadał na drugi dzień, jak sytuację skomplikował nagły, potężny deszcz, który sprawił, że głazy stały się śliskie jak lód. Ruch zupełnie zamarł, bo osoby w nieodpowiednim obuwiu, m.in. klapkach, nie były w stanie zrobić nawet kroku, tarasując ścieżkę. I wtedy nadszedł ten pierwszy, przerażający błysk. Wyładowanie elektryczne błyskawicznie przemieściło się wzdłuż mokrego łańcucha, dosłownie odrzucając uczepionych go ludzi we wszystkie strony.

- Jedna kobieta przed nami straciła przytomność. Mąż reanimował ją. Potem i jego uderzył piorun. Kobieta obok nas miała złamaną miednicę. Byli ludzie mniej ranni, z połamanymi nogami i rękami. Byli tacy jak ja - porażeni. Ja nie trzymałem się łańcucha tylko skały. Mimo to poparzyło mi rękę, brzuch i nogę. Buty, które miałem na sobie, zostały rozerwane i spalone

Ksiądz Jerzy: "Myślałem, że moja ziemska wędrówka dobiegła końca"

W epifanum dramatu znalazł się również Jerzy Kozłowski, duchowny ze świdnickiej diecezji. Wszedł na szczyt w towarzystwie podopiecznych z grupy młodzieżowej. Znajdował się bardzo blisko krzyża, kiedy zaczęło się piekło. Potężny ładunek z nieba uderzył prosto w niego, pozostawiając na ciele i ubraniu bolesne oparzenie. Odrzucony na głazy stracił przytomność, by po chwili ocknąć się... w momencie przyjęcia dwóch kolejnych uderzeń pioruna.

Ciosy te całkowicie odebrały mu władzę w nogach i prawym ramieniu. Mężczyzna był przekonany, że to jego ostatnie chwile na ziemi. Sam przyznał później, że zaczął prosić Boga o to, by ból jak najszybciej ustał wraz z jego śmiercią.

Dramat jednak trwał dalej, a uderzenia w Giewont nie ustawały. Widząc dramat dookoła, ksiądz postanowił do końca wypełniać swoje powołanie. W geście ostatecznego poświęcenia zaczął żegnać i błogosławić rannych współtowarzyszy. Lewą, sprawną jeszcze dłonią czynił znak krzyża w powietrzu, wypowiadając przy tym na głos formułę ogólnego, zbiorowego rozgrzeszenia.

TOPR na ratunek. "Największa tego typu akcja"

Podczas gdy na górze wciąż trwała kanonada z niebios, na pomoc ruszyli ratownicy Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Zewsząd słychać było płacz, modlitwy i jęki bólu uwięzionych na szczycie. Pan Rafał, ewakuowany jako jeden z ostatnich, wspominał, że ignorował swój ból, prosząc TOPR-owców o skupienie się na ciężej rannych. Ratownicy działali perfekcyjnie: uspokajali rannych, zabezpieczali foliami NRC i metodycznie przygotowywali ich do ewakuacji.

Transport powietrzny pracował na najwyższych obrotach. Maszyny wahadłowo przewoziły kolejnych porażonych do Zakopanego. Do jednej z placówek trafił też ciężko ranny ksiądz Jerzy. Zaczęła się długa, okupiona cierpieniem walka o przywrócenie mu sprawności fizycznej, która ostatecznie zakończyła się sukcesem i odzyskaniem władzy w rękach i nogach.

Naczelnik TOPR, Jan Krzysztof, nie miał złudzeń, nazywając tę interwencję absolutnie bezprecedensową w dziejach polskiego ratownictwa górskiego. Do lecznic w regionie trafiło łącznie aż 157 pacjentów. Obrażenia były rozmaite - od tych bezpośrednio związanych z porażeniem elektrycznym po urazy czaszki czy złamania powstałe w wyniku upadku z dużej wysokości na kamienie.

Dla pięciorga osób z tej góry nie było już jednak powrotu. W polskich Tatrach zginęła 24-letnia Anna, matka czteroletniego chłopca, 46-letnia turystka z Mazowsza oraz dwójka dziesięciolatków: Julia, która wypoczywała tu z rodziną, i Jan z Tarnowa. Ostatnią, piątą ofiarą śmiertelną, był turysta porażony po słowackiej stronie granicy.

Marek kochał freeride. Zginął w ukochanych Tatrach. Tak wygląda jego grób