Tragedia miała miejsce w piątkowy wieczór, na ulicy Kościelnej w Zadrożu, w województwie małopolskim. Zmasakrowane ciało 15-latka znaleziono przy drodze – wszystko wskazywało na uderzenie przez pojazd mechaniczny. Stan nastolatka wymagał wezwania śmigłowca LPR, który przetransportował go do szpitala, gdzie niestety 15-letni Adam zmarł. Prokuratura w Krakowie już zapowiedziała zmianę zarzutów dla uciekiniera, 26-letniego Konrada K., który potrącił chłopaka. Pikanterii dodaje fakt, że ofiarę na poboczu zlokalizował ojciec zmarłego, zaniepokojony brakiem kontaktu z synem.
Z doniesień "Faktu" wynika, że Konrad K. przedstawił rodzinie zmyśloną historię. Swojej babci przekazał, że uszkodzone auto to efekt wjechania w znak drogowy i zniszczenia szyby. Starsza pani zaoferowała mu nawet pomoc finansową na pokrycie kosztów naprawy, nie zdając sobie sprawy z wagi zdarzenia. Młodszy brat sprawcy dopowiedział, że na samochodzie ojca, wziętym przez Konrada na spotkanie z kolegami, brakowało reflektora. Pojazd nosił również ślady uderzenia z prawej strony szyby.
Z relacji babci, pani Zofii, wynika, że jej wnuczek wrócił do domu kompletnie zrelaksowany. Według dziennika „Fakt” miał on posprzątać kuchnię, ugotować pierogi i zamieść podłogę. Następnie miał dołączyć do ojca i udać się z nim na mecz w Olkuszu. Jednak 26-latek ostatecznie zrezygnował z tego wyjazdu i słuch o nim zaginął.
Rodzina w szoku. Babcia tłumaczy: „Żadnej krwi nie widziałam”
Rodzina o problemach z prawem Konrada K. usłyszała dopiero z doniesień medialnych. Zniknięcie 26-latka i brak z nim kontaktu początkowo wzbudziły obawy bliskich o jego życie, podejrzewali wręcz najgorsze. Oskarżają oni policjantów o zastraszanie i grożenie karami za rzekome ukrywanie zbiega, chociaż, jak zapewniają, znali jedynie zmyśloną wersję z wypadkiem drogowym bez udziału pieszych. Brat zbiega zdradził w „Fakcie”, że funkcjonariusze grozili babci więzieniem za zatajenie obecności krwi na pojeździe. Kobieta stanowczo jednak temu zaprzeczyła.
Początkowo poszukiwania 26-latka za pomocą lokalizacji w smartfonie wskazały na Kraków, ale te ustalenia okazały się błędne. Przełom nastąpił pod koniec sierpnia, gdy znajoma sprawcy poinformowała bliskich, że chłopak sam stawi się na policję. Konrad czekał w domku w Zagórowej. Podczas aresztowania nie sprawiał problemów. Twierdził, że jest winny potrącenia, jednak nie potrafił wyjaśnić prokuraturze powodów ucieczki.
„Fakt” informuje także, że rzekomo sprawca miał wrócić na miejsce wypadku po kilkunastu minutach i zadzwonić po pogotowie ratunkowe, kiedy zauważył rannego chłopaka. Prokuratura wciąż bada te twierdzenia. Za spowodowanie tragicznego w skutkach wypadku i ucieczkę, Konradowi K. grozi nawet 20 lat za kratkami.